Więcej marzeń niż odwagi

Jeśli chcesz zanurzyć się po uszy w melancholii, słuchając niewiarygodnych historii i nostalgicznej muzyki, ten film jest dla ciebie.

Impulsem do nakręcenia tego niezwykłego dokumentu drogi stała się podobno płyta „Tajemnicza opowieść o tym, jak krzyczałem na jednookiego Jezusa”, którą autor filmu Andrew Douglas dostał pod choinkę. Klimat tęsknych melodii kazał mu odszukać miejsce, w którym ludzie je tworzą. Przewodnikiem został autor płyty, Jim White, uznany twórca kultury alternatywnej.


— Południe to bardziej sposób myślenia niż miejsce. Dla mnie przede wszystkim atmosfera — wyjaśnia.


I starym samochodem (rocznik 70) zabiera ekipę filmową Douglasa do Luizjany, stanu położonego na południu USA, nad Zatoką Meksykańską. Trasa wiedzie nie przez autostrady i wielkie miasta, lecz boczne drogi, bagna, zapomniane trasy górskie, małe mieściny, bo, jak uważa przewodnik, tylko tam można zobaczyć prawdziwy świat sprzed 50, a nawet 100 lat. Wie o tym, bo tam spędził dzieciństwo, by potem uciec daleko, a następnie powrócić w poczuciu straty.


Napotkani ludzie chętnie opowiadają swoje i cudze historie, w których nieustannie przejawiają się motywy winy, kary, Jezusa. Są w dodatku tak sugestywne, że trudno oprzeć się wrażeniu, że niemal każda z nich mogłaby zostać zaczynem pasjonującego filmu.


— Opowieści są wszystkim i wszystko jest opowieścią. Tutaj każdy je snuje, żeby wyrazić siebie, ubarwić swój świat — tłumaczy Jim.


Tamtejsze życie wypełniają kościelne obrządki albo doczesne uciechy w podejrzanych knajpach – to jeden z nielicznych wyborów dostępnych biednym ludziom. Mieszkający w przyczepach albo prowizorycznych domach miejscowi mają więcej marzeń niż odwagi czy siły do działania, by wyrwać się z tego świata, odmienić los. Wolą więc dokonywać wielkich wyborów – między Bogiem a diabłem.


Tę pierwszą tęsknotę zaspokaja Kościół zielonoświątkowców, w którym potrzebny jest nie rozum, ale serce — jak mówią wyznawcy. I pewnie prawdą jest, że nie można tego pojąć, jeśli jest się jedynie widzem, a nie uczestnikiem nabożeństw i modlitw. Przekonają się o tym także telewidzowie, patrząc na pogrążonych w przedziwnych tańcach ludzi wykrzykujących niezrozumiałe słowa w ekstatycznym uniesieniu. Gdy ochłoną, mówią, że to szczęście obcowania z Bogiem.


— Kiedy przestaniesz wierzyć, co ci zostanie? — pyta z szatańskim uśmiechem stary człowiek.


Nawet bywalcy barów nie przestają rozmawiać o Jezusie. — Tu przychodzą ludzie z problemami, którzy chcą wiedzieć, czy Bóg im pomoże — mówi właściciel baru.


A barmanka zwierza się, że jest ignorowana przez miejscową społeczność zielonoświątkowców, bo pracuje w tak niegodnym miejscu. Z jej perspektywy – samotnej matki wychowującej trójkę dzieci – sytuacja przedstawia się nieco inaczej. W dodatku jest przekonana, że wierzący przeżywają w świątyni podobne stany uniesienia, jak jej klienci, tyle że osiągają je nieco innymi sposobami…


Mieszają się w tym filmie krajobrazy, ludzie, opowieści. Wszystko toczy się w rytmie tęsknych melodii prowokujących do zadumy nad ludzkim losem. A kiedy wierzymy już niemal, że naprawdę poznaliśmy Południe i jego mieszkańców, Jim White wyprowadza nas z błędu:


— Jeśli chcecie poznać tajemnice Południa — musicie mieć je we krwi. Transfuzja nie wystarczy. Miejscowi znają Jezusa, wy, znajdziecie go tylko przypadkowo.