Nie piszę o Rylskim
Eustachy Rylski (ur. 1944 roku) – prozaik, dramaturg, scenarzysta. Zadebiutował dyptykiem powieściowym „Stankiewicz. Powrót” (1984), autor m.in. zbioru opowiadań „Tylko chłód”, powieści „Człowiek w cieniu”, za którą otrzymał Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza, niedawno ukazała się jego powieść „Warunek”. Tłumaczony na wiele języków. Z pisarzem rozmawia Beata Zatońska:
„Człowieka w cieniu” i „Warunek” obsypano nagrodami. O „Warunku” mówi się, że jest arcydziełem. Jak Pan to odbiera?
Oczywiście jest mi bardzo miło, ale zachowuję zdrowy rozsądek. Poza tym, jestem w wieku, w którym nic tak do końca nie cieszy i, Bogu dzięki, nie martwi. Sukcesy należy odnosić w młodości. Nie mieć do nich dystansu, dać się im porwać. Durne to, ale jakże rozkoszne.
„Warunek”, opowieść o dwóch polskich oficerach, dezerterujących z napoleońskiej armii, jest uważany za mistrzowskie połączenie powieści sensacyjnej z literaturą mówiącą o wartościach. O wartościach pisze Pan jednak w prześmiewczy sposób. Nie bał się Pan zarzutów, że to antypatriotyczna powieść, odbrązawiająca bohaterów walki o wolność?
„Warunek” nie jest antypatriotyczny.
Ale patriotyzm jest tam rzeczą drugorzędną?
Drugo- lub nawet trzeciorzędną. Ma pani rację. Ale mam wewnętrzne przekonanie, być może sobie schlebiam, że jest książką bardzo polską. W tym znaczeniu, w jakim polski był Gombrowicz, który też był prześmiewczy. Tak samo jak Kaden-Bandrowski. „Warunek” jest w bardzo polskim nastroju. Rangułt to polska ikona. Wojownik-gwiazdor, zmęczony bohater w stanie upadku. Hoszowski jest człowiekiem, który zasmakowuje w polskości, tajemniczej i ekscytującej. Chce zostać strażnikiem legendy Rangułta, bo takie jest jego posłannictwo. Patriotyzm nie jest tu kategorią. „Warunek” nie jest tak deklaratywny, jak napisana ku pokrzepieniu serc „Trylogia” Sienkiewicza.
Pana bohaterom można zarzucić nihilizm.
Nie zgadzam się z tym, choć tak się zwykło mówić.
A Rański, bohater „Człowieka w cieniu”, który rezygnuje z aktywnego życia i szukając sztucznych podniet, wikła się w sprawy mafijne?
To nie to samo. Rański jest innym bohaterem. W Rangułcie i Hoszowskim jest coś, co można nazwać wielkością. Otóż nihilista nigdy nie jest wielki. Może być interesujący, mądry. Nihiliści często są mądrzy. Nie ma w nich jednak nigdy żadnego elementu, który wynosi ich do wielkości. U bohaterów „Warunku” istotny jest tragizm losów i doniosłość wydarzeń, w których uczestniczą. Rański nie jest w żadnym momencie swojego życia wielki. Możemy go rozumieć lub się z nim identyfikować, ale to mały człowiek, który wiedzie małe życie. Rański stanął w cieniu, jest na peryferii i nic nie rozumie. Wielu ludzi prezentuje taką postawę. Nie wiedzą, dlaczego zawsze są odsuwani na bok i nic od nich nie zależy, mimo że nie ma w nich żadnej dysfunkcji.
Rański, świetnie wykształcony, inteligentny prawnik z tzw. dobrej rodziny jest wręcz predestynowany do osiągnięcia sukcesu.
W życiu niewiele od nas zależy. Jesteśmy zdeterminowani.
To pesymizm.
Nie. To fakt. Interesowałem się kiedyś bardzo genetyką, jeszcze wtedy, gdy nie było to tak modne jak teraz. Myślę, że nasze przeznaczenie jest zapisane w genach. Mam wrażenie, że poruszamy się w tunelu, w rurze. To jest nasz los. Możemy robić ruchy w lewo lub w prawo, w dół lub w górę. Możemy iść trochę wyżej lub niżej. Jesteśmy ograniczeni w swoich wyborach.
Był Pan zdeterminowany do bycia pisarzem?
Chyba było mi to pisane. Ale w młodości o tym nie myślałem. W szkole byłem nawet dosyć marny z wypracowań z polskiego. Robiłem różne rzeczy. Zacząłem pisać przypadkiem. Był stan wojenny, a moje życie znalazło się w impasie, choć nie z powodów politycznych. Tak, mam pisanie w genach. Wiele od nich zależy. Widzę to np. w losach znajomych kobiet, pięknych i mądrych, które są genetycznie naznaczone samotnością.
Po dyptyku „Stankiewicz. Powrót” i tomie opowiadań „Tylko chłód” nie pisał pan prozy. Na przestrzeni 20 lat powstało za to sześć sztuk dla Teatru Telewizji.
Pisałem też scenariusze i dialogi do filmów. Współpraca z Teatrem Telewizji była niezwykle cenna. Napisanie sztuki zaproponował mi ówczesny dyrektor Teatru Jerzy Koenig. Trochę się obawiałem, bo nigdy nie widziałem się w roli dramaturga. Choć można powiedzieć, że wychowałem się na Teatrze Telewizji. W dzieciństwie mieszkałem w Sobieszowie koło Jeleniej Góry i pamiętam, jak z babcią brnęliśmy do świetlic lub do znajomych, żeby oglądać telewizyjne spektakle, wtedy jeszcze robione na żywo, w reżyserii m.in. Hanuszkiewicza i Antczaka. Dlatego gdy pojawiła się propozycja pana Koeniga, pomyślałem, że to wielka okazja. Postanowiłem napisać coś o Iwaszkiewiczu. Jego twórczość jest mi bardzo bliska i fascynuje mnie jego życie. Ten człowiek w najstraszniejszych czasach komuny żył, tak jak chciał. Umiał żyć. Interesujące było połączenie jego delikatnej, intelektualnej twórczości z fizyczną topornością i nieprawdopodobną witalnością. W sztuce „Chłodna jesień” zatarłem tropy i przydałem głównemu bohaterowi m.in. przeszłość partyzancką. Trochę dodałem z Andrzejewskiego, trochę z Putramenta. Ale to, że sztukę nakręcono w Stawisku, w domu Iwaszkiewicza, było bardzo jasną wskazówką dla widza. Spektakl świetnie wyreżyserował Janusz Zaorski. Wcześniej zrobił bardzo silną selekcję materiału. Pełny tekst sztuki został opublikowany w „Dialogu”. „Chłodna jesień” to była chyba moja najlepsza rzecz napisana dla Teatru Telewizji. Inne też były niezłe, ale nie miały tego ciężaru gatunkowego. Potem zwrócił się do mnie pan Kazimierz Kutz, by napisać dla niego współczesną komedię.
Właśnie. Pana powieści są mocno zakorzenione w historii. Nawet „Człowiek w cieniu”, rozgrywający się w latach 90. XX w., ma wyraźny nurt wspomnieniowy, historyczny. Wszystkie Pana sztuki rozgrywają się natomiast tu i teraz.
Tak, „Człowiek w cieniu” nie jest jednoznacznie powieścią współczesną, ani „Warunek” – historyczną. Rangułt i Hoszowski to współcześni bohaterowie. Uważam, że Teatr Telewizji musi być „gorący” i mówić o tym, czym żyją ludzie. Powinien ich obchodzić nie tylko ze względu na formę i wagę artystyczną, ale także dlatego, że zajmuje się sprawami im bliskimi. Zadowolony jestem z trzech na sześć napisanych dla telewizji sztuk – z ”Zapachu orchidei”, „Chłodnej jesieni” i „Netty”. Teatr TV nie jest właściwie recenzowany, a tymczasem po „Zapachu orchidei” pojawiło się kilkanaście recenzji, kilka krytycznych, często pisanych z furią. Jerzy Pilch poświęcił mi wtedy rozgniewany felieton w „Tygodniku Powszechnym”. Dzwonili też prywatni ludzie. Ten spektakl trafił w swój czas.
Co ze swojej twórczości ceni Pan najbardziej?
Najlepszą rzeczą, jaka mi się zdarzyła, był scenariusz „Dziewczynki z hotelu Excelsior”. Żadna z moich powieści nie jest tak dobra. Tekst trafił do zespołu „Tor”. Zaproponowano jako reżysera Antoniego Krauze. Bardzo podobały mi się jego filmy „Prognoza pogody” i „Meta”, zupełnie niedocenione. Z dobrego scenariusza wyszedł nie najlepszy film. Obaj daliśmy się uwieść scenariuszowi „Dziewczynki…”, który był bardzo dobrą literaturą. Nie dało się go jednak przełożyć na język filmu. Wiem na pewno, że np. z „Warunku” byłby też nieudany film.
(tvp.info)
Sprawdź Także Następujące Wpisy:
- Bez urlopu premier nie będzie dobrze rządził
- Po roku rządów Tusk wyjeżdża na Wyspy
- Doradcy Tuska: zakaz klapsa jest bez sensu!
- Palikot: Prezydent i tak jest chamski
- Zmarł Jan Machulski
Brak Komentujących Ten Wpis
Zostaw Swój Komentarz Poniżej